Obiecująca tendencja, czyli tym razem coś medycznego:P
Dzisiejsze teksty z prelekcji:
a)
Pan dr: W pochwie bardzo często występuje grzybica... wiecie nie ma co się dziwić przecież tam jest ciemno, mokro, ciepło... istna pieczarkarnia:P
b)
Pan dr: (pokazując slajdy na rzutniku) Pozwolicie że tutaj tak szybko przelece... Krzysiek: Oczywiście, przecież to w koncu ginekologia:P (Pan dr chyba nie dosłyszał tekstu, ale grupa leżała ze śmiechu... klasyczny <lol><rotfl>itp, itd)
Jestem pod wrażeniem... mieliśmy już 4 prelekcje z ginekologii i każda z nich była prowadzona przez całkiem niezłej klasy mówców... o co moi drodzy wcale nie tak łatwo... Każdy z prelegentów był logiczny, z poczuciem humoru, umożliwiał zdawanie pytań, a co ważniejsze nawet na nie odpowiadał... :) aż się boję by ktoś nie zepsuł tej obiecującej tendencji:)
Ostatnio stałem się swego rodzaju "lokalnym patriotą", codziennie staram się oglądać ŁWD (Łódzkie Wiadomości Dnia:), odczuwam nieodpartą chęć dowiedzenia się co dzieje się w moim mieście i regionie...
Dziś w Urzędzie Rady Miasta odbywała się sesja Rady Miejskiej która debatowała m.in. (a może nawet tylko nad tym) czy przyznać pieniądze z budżetu miasta na realizacje projektu centrum festiwalowego Camerimage... Głównym jego propagatorem jest dyrektor festiwalu Pan Marek Żydowicz. Niestety wbrew wcześniejszym zapewnieniom projekt ma bardzo duże problemy by zaistnieć... i tu niespodzianka: blokują go radni PO i SLD...
Dziś Marek Żydowicz wraz z grupą młodych (ale pewnie i także ciut starszych) ludzi podjął decyzje o okupowaniu sali obrad - jak ze smutkiem stwierdził - "do skutku"...
Projekt Pana Żydowicza zakłada praktycznie całkowite przebudowanie centrum Łodzi w okolicach Teatru Wielkiego... Ma szanse zmienić oblicze Łodzi, która do tej pory nawet przez większość łodzian postrzegana jest jako mało atrakcyjna... i rozsławić nasze miasto w Europie i na świecie za sprawą zaangażowania w ten projekt wybitnego architekta Franka Gehry'ego...
Wszystko to co ma być zrobione w Łodzi było prezentowane na tegorocznym Festiwalu... byłem... IMPONUJĄCE!!
Lubie swoje miasto, uważam że jest bardzo ładne choć niestety strasznie zniszczone... a ta inwestycja ma szansę przynieść Łodzi rozgłos (co czyni już nawet sam festiwal Camerimage:), unowocześnić nieco patetyczny wygląd Łodzi...
Dla pełnego obrazu, dla zainteresowanych dodaje 2 linki do oficjalnej strony Camerimage... (są tam np zdjęcia jak to centrum ma wyglądać)
1. Dlaczego w Polsce nie można niczego załatwić bez tzw. chryji... ?? Czy rzeczywiście by przeforsować jakiś pomysł trzeba posuwać się do tak skrajnych zachowań jak okupacja sali obrad, pikiety, strajki (przecież niedawno była podobna sytuacja z kibicami ŁKS'u... - 250 kibiców wtargnęło na sale obrad by "dać popis siły i poparcia" dla projektu ratowania stadionu ŁKS'u...). Dlaczego normalny człowiek mający wizję i potencjał jakim bez wątpienia jest Pan Marek Żydowicz nie może nic wskórać bez tak drastycznych metod, bez rujnowania sobie zdrowia... itp...
2. Można Pana Żydowicza lubić lub nie... (ja osobiście w pewien sposób go podziwiam, choć zdecydowanie nie idealizuje:P) ale trzeba przyznać że jest to facet bardzo elokwentny, wygadany... no erudyta:) a w dyskusji publicznej w Rozmowie Dnia w TV staje z nim w szranki Pan Walasek (PO), absolutnie niewspółmiernie elokwentny interlokutor... Wynik... MASAKRA... PO traci w moich oczach w tempie logarytmicznym...
3. Obserwując swoiste miotanie się Pana Marka, nie z każdym jego słowem jestem się w stanie zgodzić, czy nie każde zachowanie popieram... ale jak widzę to co robi... to przede wszystkim jest mi go bardzo szkoda... Ile go to nerwów kosztuje to tylko on sam wie..., a idea wg mnie słuszna...
4. W tych moich dzisiejszych wypocinach nie zawieram informacji nt meritum, czyl sposobów finansowania tej inwestycji itp... bo po pierwsze nie mam czasu w pełni zgłębiać tego tematu, po drugie nie mam dostępu do tego typu danych... To co chcę wyrazić to jedynie smutek... że w Polsce wszystko musi wyglądać tak strasznie...
1. Zawsze uważałem ze wszystkie "ciekawe" i szokujące wydarzenia w moim mieście mnie omijają... wczorajszy dzień był pod tym względem nieco inny od reszty...
Oto cóż donosi jedna z lokalnych gazet... a czego byłem świadkiem:
2. Dziś obejrzałem w Faktach historie człowieka który widząc pijanego, przytomnego, zmarzniętego człowieka przy śmietniku zadzwonił na pogotowie by zgłościć ten fakt i pójść do pracy. Zamiast pochwały dostał groźby od dyspozytora nt pociągniecia do odpowiedzialności prawnej jeśli zgodnie z poleceniem dyspozytora nie wróci na miejsce i nie udzieli pomocy poszkodowanemu (przez życie głównie)...
I choć doskonale zdaje sobie sprawę że takie jest prawo: każdy ma obowiązek udzielić pomocy i za brak tejże pomocy może zostać podany do sądu... to jednak przyznam że to chyba nie najlepsza polityka "firmy" - straszyć i tak ten niewielki procent ludzi którzy postanowią ostatnim odruchem człowieczeństwa powiadomić odpowiednie służby o zaistniałej krzydzie ludzkiej, zagrożeniu życia... itp... Choć rozumiem że wszystko odbyło się lege artis... NIE POPIERAM!
3. Mając w pamięci fakt że w internecie można znaleźć wszystko... np zapisy operacji, kursy szycia ran, kursy tańca itp... postanowiłem znaleźć coś o "porodach":) tak w temacie aktualnych zajęć... Jejku, ludzie... pełen ekshibicjonizm... Poniżej umieszczam link który jest głównym wskazaniem po wpisaniu w wyszukiwarkę "give birth" (czyli rodzić) Jakaś najwyraźniej nieskrępowana Pani umieściła swój poród na Youtube... Jestem pod wrażeniem... (choć nie wiem czy pozytywnym... ) mnie by się tam kroczem nie chciało świecić przed milionami:)
Ogłoszenia parafialne...
Poszukuję filmiku na którym facet za pomocą przyszytych od ubrania trąbek (w zgięciach), ruszając się na scenie odgrywa marsz turecki... i parę innych utworów... Jeśli któś ma ten filmik, lub dysponuje linkiem uprzejmnie proszę kontakt... Dla znalazców nagroda - wirtualny uścisk dłoni prezesa:)
Eh... jeśli dobrze pamiętam to ja już kiedyś opisywałem co się działo na ginekologii (tyle że rok niżej), ale dla pewności przypomnę... :
1. Przychodzimy na 8.00 2. Zajęcia trwają do 13.45 (i wcześniej się nie da:P) 3. w tym 180min prelekcji (a nawet seminarium:) 4. W części praktycznej mało kto chciał od nas... 3 osoby z 10 na operacje... reszta nudy... (Ci na operacji też bez rewelacji bo oczywiście nikt nam nie powie nawet jaka to operacja:P) 5. Na szczęście mieliśmy do dyspozycji taki wspaniały pokój w którym był stolik, czajnik i 3 łóżka (dla tych co zostawali na dyżur - a były obowiązkowo 2szt:)
Tak... teraz mamy rok później...
Punkty od 1 do 4 bez zmian (na razie i prawdopodobnie tak już do końca - a mamy tam spędzić 3 tygodnie)
Niestety punkt 5. uległ drastycznej zmianie!! Nie ma już dyżurów (szkoda bo kwitła na nich rozrywka, a czasem nawet można się było czegoś nauczyć), i NIE MA pokoju socjalnego...
Wyobraźcie sobie zatem jaka niepowetowana strata!!
Nudy, nudy, nudy... i jeszcze nie ma się gdzie schować...
Poza tym kończymy ok 13.45 zatem mimo że mieszkam dość blisko (ale mam kiepskie połączenie) to dojeżdżając z dwiema przesiadkami w domku jestem ok 15:/ Wrr...
PS. Odpowiadając na komentarz: Opowiem także co porabiałem w wakacje... w swoim (niedługo:P) czasie... Pozdrawiam!
HAPPY NEW YEAR!!:D czyli Szczęśliwego Nowego Roku!!
Witajcie ponownie...
Upłynęło sporo czasu od ostatniego wpisu... nad czym oczywiście ubolewam... Ale jako że choć najdłuższa, nie była to nasza pierwsza "przerwa" myślę że nie ma co się specjalnie rozwodzić nad jej powodami... tak się niestety złożyło i już...
Z Nowym Rokiem jednak mam nadzieje odnowić swoje zamiłowanie do pisania dalej kultywować tą (dość młodą) tradycje w moim życiu... szczególnie że to rok bardzo ważny dla Studentów2óch... - to rok w którym mam nadzieje owa nazwa się nieco zdezaktualizuje:P
Mam nadzieje że jeszcze paru czytelników nam zostało... paru nowych pozyskamy... i dalej będziemy się bawić tym blogiem... Wszystkich serdecznie pozdrawiamy!!
PS. W kwestii formalnej... niestety zdezaktualizowały się nasze namiary mailowe i gg... zatem nasze nowe gg to: 18910149 a o mailu poinformujemy wkrótce... :)
Ps2. Nieco prywaty... straciłem namiar na naszą serdeczną znajomą/czytelniczkę w Anglii, więc jeśli to przeczytasz to proszę Cię... odezwij się... :)
Ponoć w każdym facecie jest coś z gadżeciarza. We mnie jest na pewno… wprawdzie moje skromne środki finansowe nie pozwalają mi panoszyć się po mieście z najnowszym modelem telefonu i to najlepiej zmienianym co kilka miesięcy… ale każdy orze jak może… ja też fajnym gadżetem nie wzgardzę:)
Ostatnio postanowiłem że kupię sobie słuchawkę bluetooth do telefonu. W gruncie rzeczy zostałem namówiony do tego rodzaju zakupu przez moją rodzicielkę… która dostawała gęsiej skórki na myśl o mojej ułańskiej fantazji (a raczej głupocie) bo gdy jadąc samochodem prowadzę jedną ręką gdyż druga dzielnie trzyma telefon… Do tego stwierdziła że sprezentuje mi ją na dzień dziecka… (jak to dobrze że zawsze będziemy dziećmi swoich rodziców:) Wypatrzyłem sobie fajny model na allegro… i zamówiłem, z prośbą o wysyłkę kurierem.
Rzecz się działa wczoraj… Około godziny 14 dzwoni do mnie kurier że jest u mnie pod blokiem a mnie nie ma… Mówię mu że może podjechać do szpitala gdzie aktualnie jestem, albo niech poczeka, w ciągu 15 min będę. W między czasie próbował mnie namówić byśmy spotkali się w miejscu jego kolejnego doręczenia… ale go wyśmiałem. Na mieście niestety zastałem niespodziewane korki, co spowodowało że na miejscu byłem w 25min. Dzwonie do kuriera i pytam się gdzie jest… a on mówi że teraz to już na jakiejś tam Marmurowej… (tak czy owak, zupełnie gdzie indziej:/) Mówi że czekał na mnie 20min i sobie pojechał. Pytam się zatem kiedy pojawi się u mnie ponownie… a on na to że dzisiaj to już nie… będzie jutro… (Tutaj zacząłem mu tłumaczyć, od czego jest kurier… a on na to że i tak nie zrozumiem, więc nie będzie mi się tłumaczył) O nie! Zirytował mnie…
Wracam do domu… włączam komputer, szukam telefonu do firmy kurierskiej… i dzwonie… Odbiera miły kobiecy głos… p. Agata:) Przedstawiłem się i najspokojniej jak potrafię (choć z zatroskaniem w głosie) informuje ją że mam problem. Tłumaczę że kurier nie doręczył mi przesyłki bo nie było mnie w domu, a w rozmowie telefonicznej był „opryskliwy”. Dodaje (zgodnie z prawdą!) że do tej pory byłem ‘rozpieszczony’ przez innych kurierów którzy wyruszając w miasto dzwonili do mnie i zapowiadali się w stylu: „Będę o tej i o tej… czy Panu pasuje?” I to ja rozumiem… tak to ma wyglądać… od tego jest kurier… gdybym chciał zastać awizo w drzwiach to bym sobie Pocztą Polską wysłał… (Priorytet też idzie jakieś 2 dni i jak nie ma mnie w domu to muszę śmigać na pocztę). No i że nie po to płacę przeszło 2x więcej by być narażonym na takie niewygody… Pani powiedziała że nie wie czy uda jej się to załatwić, ale zadzwoni do kuriera i zapyta się co i jak… (Po 10min telefon) „Kurier powiedział że może być u Pana między 15 a 15.30, pasuje Panu?” – Cudownie – odparłem:D
Żebyście widzieli minę tego kuriera jak wlazł finalnie na to moje trzecie piętro… eh… Bezcenne… :D
I do tego taka hiperintensywna uprzejmość z jego i mojej strony… „Proszę bardzo”, „Dziękuję bardzo”, „Do widzenia”, „Do zobaczenia”… itp…
Eh… już trzecie dzień siedzę w domku i próbuje skupić się na sesji… a dookoła tyle „dystraktorów” (w wolnym tłumaczeniu – rozpraszaczy:P) Wprawdzie mieszkanko jeszcze nie błyszczy, ale za to np. dzisiaj idę do Teatru Wielkiego na Jezioro Łabędzie… :) Zawsze jakiś sposób na oderwanie się od rzeczywistości… :D
W ramach aktualizacji danych… powiem Wam że udało nam się wreszcie zaliczyć tę urologię z którą tak mozolnie się zmagaliśmy… Ja mam spokój z nią od jakichś 3 tygodni… Krzysiek zaliczył ostatnie zajęcia dosłownie wczoraj… PO 8 MIESIĄCACH od nieobecności… (Vivant profesores:) Tak czy owak urologia wreszcie za nami…
Wczoraj odwiedził mnie ubezpieczyciel który ubezpiecza nasze (to nie znaczy że moje i Krzyśka:P) autko. Dowiedziałem się że po mieście porusza się skuterem 650cm3 i kilka dni temu pomykał na jednej z głównych łódzkich ulic ponad 165… Jestem pod wrażeniem… nie wiem jeszcze tylko czy odwagi czy głupoty… ale i tak mnie zaskoczył, bo zdecydowanie nie wyglądał na takiego „hardcore’owca”:) Opowiadał jak to złośliwi potrafią być motocykliści i jak bardzo łatwo stracić lusterko w samochodzie… (jak się podpadnie jednośladowi:P) Eh… życie… Na koniec umieszczę linka… z dwóch powodów… to co jest tam przedstawione po 1. Fajnie brzmi… a po 2. Fajnie wygląda… nie widziałem takiej reklamy w PL (ale to pewnie dlatego że z założenia nie oglądam TV marketów)
Nieuchronnie od pewnego czasu zbliża się…. SESJA!!! Okres wybitnie nielubiany wśród studentów wszelakiej maści, wyznania i kierunku… Nie ma jednak tego złego co by w jakiś sposób na dobre nie wyszło:) bowiem jest to także okres wzmożonej płodności „postotwórczej” akademickich blogerów:) Mechanizm jest drastycznie prosty… siedzisz w domku, czujesz wielką potrzebę nauki… i absolutny brak chęci do niej… W tym przypadku, by nie móc sobie zarzucić nieróbstwa… a już w żadnym razie lenistwa zaczynasz imać się wszelkich zajęć poza nauką:D Ja w okresie sesji odnajduje się np. w temacie sprzątania… całego mieszkania… gotowania… chodzenia na zakupy… lub innych pasjonujących, choć niestety nie związanych z nauką, czynności… Sami rozumiecie że jeśli ktoś w tej sytuacji jeszcze dodatkowo piszę bloga, to nagle odnajduję w sobie wręcz dar i chęć krzewienia swoich poglądów wśród innych… odnajduje misję… niczym Konrad w III części Dziadów:P Zresztą jeśli ktoś pamięta… to nasz blog powstał właśnie pod koniec września… kiedy to siedziałem nad zaległym egzaminem w Kampanii Wrześniowej… i nękany różnymi namiętnościami postanowiłem (postanowiliśmy:) dać im upust właśnie w ten elektroniczny sposób:)
Zdaliśmy egzamin praktyczny z Zakazów… To nie było nawet takie straszne… choć przyznam że moje spotkanie z panią dr mimo dobrego wyniku obnażyło kilka moich naukowych słabości… :)
Obecnie jestem po dwóch dniach na neurochirurgii… 2 dni… i dwóch prelegentów. (Bo zajęcia polegają głównie na słuchaniu – as always :) Obaj dostarczyli nam wielu wrażeń… (Tu krótka dygresja:) Przeciętny student piątego roku studiów, pewnie jakichkolwiek (ale tych szczególnie), przesiedział już setki godzin na różnego typu pogadankach, prelekcjach, wykładach… i jest w stanie bardzo szybko ocenić wykładowcę. Osobiście jestem w stanie w ciągu pierwszych 60 sekund wykładu określić stopień „umiejętności dydaktycznych” prowadzącego… Większość niestety zmusza mnie do brania małej poduszeczki na zajęcia i piżamki… :P Ale zdarzają się wyjątki… i to właśnie jeden z nich!!
Pierwszego dnia przyszedł pan doktor, z wyglądu wprawdzie niepozorny, ale rewelacyjny… Mimo bólu głowy i kataru, słuchałem go uważnie… z zajęć wyniosłem sporo (informacji) i mądrości życiowych… a nic tego nie zapowiadało, ponieważ ów dr powitał nas dopalając kiepa (dosłownie 0,5 cm papierosa :P) i wyrzucając do pobliskiej toalety… ogólnie początkowo niestety zrobił na mnie wrażenie jakby był bardziej „pracownikiem administracyjnym” uczelni… a nie naukowym – BARDZO mylne pierwsze wrażenie… Wielki respekt dla Pana doktora!! Dziś również trafiliśmy na godnego posłuchania pana dr… Obaj mieli bardzo ironiczne i sarkastyczne poczucie humoru (mój żywioł!!!) Pozytywne podejście do studentów, wreszcie jako „przyszłych kolegów”!! A zatem „so far, so good” – i oby tak dalej!! Gdyby nie fakt że nigdy mnie to nie interesowało… i uważam to za CZARNĄ MAGIĘ… to jeśli chodzi o tzw. „ekipę” – wpisuje się!!:D
Na sam koniec… coś dzisiaj do mnie przyszło na gg… i ponieważ podoba mi się wykonanie… zamieszczam owy skecz tutaj!
Ile to się człowiek musi nalatać żeby nic nie załatwić!!! Wczoraj wieczorem skończył mi się toner w drukarce… w wybitnie niefortunnej chwili gdyż właśnie drukowałem prelekcje z Zakazów z których mam w środę egzamin! Tak więc dziś pełen wiary i nadziei wyjąłem z owej drukarki coś co miało szansę być tonerem i ruszyłem wymienić – kupić tzw. Refill. Adres odpowiedniej firmy wziąłem z Google. Niestety nic bardziej mylnego i błędnego…
Serwis poinformował mnie że istnieje sklep na ul. Zachodniej 91… Sklepu brak (ponoć był, ale się zmył:P)
Kolejne zerknięcie do google.pl i nowy adres: Piotrkowska 93… Tam też sklepu brak, ale znalazłem całkiem fajną piekarnie… Gdyby nie fakt że kobitka podaje pieczywo brudnymi łapami to serdecznie polecam… (razowiec pycha)
Tym razem postanowiłem zadzwonić do ów firmy… telefon miał zadzwonić właśnie na Piotrkowskiej 93, ale okazało się że zadzwonił na Piotrkowską 287 (pewnie wielu z Was to dużo nie powie… ale to jakieś 5km dalej:/)
Ale Pan był na tyle miły by poinformować mnie o jakiejś bliższej lokalizacji…
Choć to niestety nie koniec przygód… i mojego zdziwienia… W odwiedzonej przeze mnie filii poinformowano mnie że Oni nigdy nie mieli sklepów we wskazanych lokalizacjach… Eh…
A Refill do mojej drukareczki (która kosztowała ponad rok temu ok. 230zł) kosztuje 207zł!!! No kurdę!! Troszkę drogo, nie?! To już się bardziej opłaca nową kupić… Porażka.
Finalnie, w zakresie drukowania prelekcji (skryptu) z zakazów, wykorzystałem swoją ukochaną Mamuśkę… ale w kwestii tonera nie załatwiłem nic… a to całe nic zajęło mi jakieś 2h !!! Wrr!!!